2012-08-21

Spacerkiem po Ponidziu - okolice Buska-Zdroju

Busko-Zdrój z ok. 17-ma tysiącami mieszkańców (wg. ostatniego spisu) jest największym miastem Ponidzia. Buskie liceum przyciąga uczniów z okolicznych miejscowości swoim relatywnie wysokim poziomem nauczania. Największym skarbem miasta są jednak wody mineralne, siarczkowe oraz bogate w jod i selen solanki jodkowo-bromkowe. Miłośnicy mocnych wrażeń powinni, będąc choćby przejazdem w Busku, udać się do położonego w parku zdrojowym sanatorium "Marconi". W zaprojektowanym przez znanego włoskiego architekta (na cześć którego został nazwany) budynku, po lewej stronie sali koncertowej (patrząc od wejścia) znajdują się krany z obiema wyżej wymienionymi wodami. Należy mieć własne naczynie, albo zakupić plastikowy kubek w kawiarni obok. Solanka jodkowo-bromkowa smakuje tak, jak się nazywa. Ma lekko żelazisty kolor, ale silny smak soli zabija wszystkie inne smaki. Ze względu na wysoką zawartość soli przy ujęciu widnieje ostrzeżenie, aby spożywać tą wodę tylko wg. wskazań lekarza. Woda siarczkowa z kolei ma charakterystyczny siarkowy zapach, a po kilku łykach w gardle powstaje uczucie niby po spożyciu nieświeżych jajek. Obie wody działają wzmacniająco na układ odpornościowy, ale ze względu na bardzo wysoką mineralizację należy spożywać je z umiarem.

Okolice Buska-Zdroju mają charakter wybitnie rolniczy. W łagodnie pofałdowanym krajobrazie dominują pola uprawne, lasów jest bardzo niewiele. Mimo to region ma wysokie walory krajobrazowe, znajduje się tu też sporo rezerwatów przyrody.



Rezerwat przyrody "Owczary" to bardzo mała (0,61 ha) ostoja roślin słonolubnych. W małym zagłębieniu wypływa słone źródło, które sprawia, że wokół rosną rośliny tolerujące wysokie zasolenie wód gruntowych. Do samego rezerwatu nie jest łatwo dotrzeć, jeśli nie dysponuje się dokładną mapą, ponieważ brak jest oznaczeń wskazujących kierunek marszu. Do Owczar, zlewających się z jednorodzinną zabudową przedmieść Buska, można dojść skręcając na wschód od drogi na Nowy Korczyn na wysokości sanatorium "Górka". Należy iść prosto, aż wejdziemy na dróżkę polną prowadzącą pod górę. Idąc nią należy wypatrywać tablicy z oznaczeniem rezerwatu po stronie prawej. Teren rezerwatu jest ogrodzony siatką. Porośnięty jest roślinnością trawiastą, tak więc spoza siatki niewiele będzie widać, niemniej jednak turyści-przyrodnicy dysponujący bystrym wzrokiem powinni wypatrzeć unikalne w tych okolicach rośliny.


Rezerwat przyrody "Skorocice" to bardzo ciekawy przykład zjawisk krasowych zachodzących w skałach gipsowych. Jest to rezerwat stepowy, tak więc porastany przez ciepło- i sucholubną roślinność (która, niestety, jest stopniowo wypierana przez drzewa i krzewy, do czego przyczyniło się zaprzestanie wypasów po objęciu ochroną rezerwatową). Jednak najbardziej rzucającym się w oczy elementem są właśnie znawiska krasowe.

Południową część rezerwatu zajmuje wąwóz rzeczki, która częściowo płynie pod ziemią, drążąc w skale tunele i groty. Dojść do niej można skręcając w Skorocicach koło stawu na północ dróżką polną (po wschodniej części stawu, po zachodniej znajduje się asfaltowa droga na Busko, z której możemy jedynie obejrzeć rezerwat zza ogrodzenia na skarpie). Wg. miejscowych przewodników na terenie rezerwatu powinna znajdować się ścieżka przyrodnicza oraz powinien go przecinać szlak pieszy, ale mnie nie udało się odnaleźć żadnych oznaczeń. Być może zostaną za jakiś czas odnowione, najwyraźniej jednak zainteresowanie turystów jest zbyt niskie (w granicach błędu pomiarowego) aby ktoś uznał to za opłacalne. Gipsowe groty są więc znane głównie miejscowym.




Północna część rezerwatu oddzielona jest od południowej skarpą, na szczycie której przebiega droga polna, którą idziemy od Skorocic. Zejście do wnętrzna prowadzi zarośniętą ścieżką. Tylko pojedyncze, dość niewyraźne oznaczenie na drzewie wskazuje na to, że biegnie tędy szlak pieszy. W tej części można  podziwiać odsłonięte przez erozję skały oraz skalny tunel.
 
 Rezerwat kończy się pagórkiem porośniętym stepowymi trawami. W dole znajduje się małe jeziorko. Idąc od strony północnej łatwo jest ominąć rezerwat, ponieważ za tablicą z nazwą rezerwatu zaczynają się pola uprawne, co jest dosyć mylące (znów przydaje się mapa z dobrze oznaczonym przebiegiem rezerwatu).

Na zachód od drogi Skorocice-Busko, za nasypem nieistniejącej już i dawno rozebranej linii kolejowej łączącej Gacki z linią Busko-Kielce, znajduje się rezerwat stepowy "Winiary Zagojskie". zajmuje on pagórek porośnięty przez stepową łąkę, w skład której wchodzą ciepło- i sucholubne rośliny. Lokalizację rezerwatu wskażą nam widoczne z daleka czerwone tablice z nazwą rezerwatu.




Idąc ze Skorocic na zachód dotrzemy do wsi Skotniki Górne, w pobliżu której znajduje się rezerwat o tej samej nazwie. Dotrzeć do niego nie jest łatwo, trzeba w okolicach wsi przebić się między zabudowaniami przez pola albo wybrać którąś z dróg polnych i manewrować nimi tak, aby dojść mniej więcej do właściwego punktu. Ja wybrałem wariant na azymut przez pola, znajdując się mniej więcej na wysokości południowego krańca rezerwatu (przydaje się dokładna mapa albo urządzenie GPS). Sam rezerwat chroni fragment zbocza progu gipsowego (fachowo noszącego nazwę kuesta). Z progu roztacza się ładny widok na okolice. Ponieważ jesteśmy na najwyższym punkcie w okolicy, w wietrzny dzień wiatr jest tam szczególnie silny i uczucie jest takie, jakby się szło małą połoniną.




Kolejnym ciekawym miejscem w okolicach Buska jest kurhan w Żernikach Górnych.  Aby tam dotrzeć, należy skierować się do drogi na Tarnów biegnącej na północ od Buska. Jadąc na Tarnów po wyjechaniu z Buska przejeżdżamy przez Broninę, a za nią znajdują się Żerniki Górne. Kurhan znajduje się na wzniesieniu na północ od wsi. Należy iść drogą polną w górę. Miniemy tablicę informującą o kurhanie (ale bez zdjęcia, szkicu, czy choćby strzałki wskazującej kierunek marszu. Mijamy niewysoką skarpę (droga jest w zagłębieniu) i gdy mamy ją już za sobą, wypatrujemy po stronie lewej niewielkiej kopki. To jest właśnie kurhan. Jeśli pogoda jest łatwa, warto przejść się dalej szczytem wzniesienia, które ciągnię się w stronę Buska. Rozciąga się z niego rozległa panorama. Na północy przy dobrej pogodzie widać Pogórze Szydłowskie.

Miłośnicy historii powinni odwiedzić Grochowiska. Dotrzeć do nich można drogą biegnącą od Bogucic, albo trasą krótszą, lecz wymagającą lepszej orientacji, przez Mikułowice do Kameduł, a stamtąd drogą polną. Najzdrowiej i najprzyjemniej będzie się jednak wybrać pieszo lub rowerem przez Las Winiarski. Przy cmentarzu w Busku-Zdroju zaczyna się niedawno zbudowana ścieżka rowerowa, od której w okolicy Kameduł należy skręcić w ścieżkę polną. Grochowiska zaczynają się za nie funkcjonującą już linią kolejową Busko-Kielce (została zamknięta parę lat po oddaniu do użytku nowego budynku dworca kolejowego, który wcześniej mieścił się w baraku). Trzeba przebyć miejscowość (kilkanaście gospodarstw). Dochodzimy do krzyża, przed którym znajduje się tablica ze schematem przedstawiającym przebieg bitwy pod Grochowiskami (jednego z najkrwawszych starć powstania styczniowego, zakończonego zwycięstwem taktycznym Polaków). Kilkanaście metrów dalej znajduje się kamień pamiątkowy. Obok niego rosną 2 sosny - pomniki przyrody, a w głębi znajduje się wiata turystyczna, pod którą można usiąść na ławeczce i odpocząć. Warto też zwrócić uwagę na zarośnięte i zasypane torowisko przy przekraczaniu drogi. Szyny i trakcja nadal istnieją, ale wygląd torowiska nie zostawia wątpliwości, że od dawna nie jechał tędy żaden pociąg.








2012-06-17

Lesznowska Topola nie żyje!

Nie ma już między nami Lesznowskiej Topoli! To niezwykłe drzewo, wpisane na listę Osobliwości Przyrody w Polsce, nie żyje!

Wybrałem się na wycieczkę do Puszczy Kampinoskiej, tym razem zaczynając od Leszna. Jednym z jej celów było odwiedzenie tej wspaniałej topoli. Niestety, po dotarciu na miejsce jedynym, co zobaczyłem, był ogromny pień:
Oto jej doczesne szczątki. Spoczywaj w pokoju!

Na początku nie mogłem w to uwierzyć, być może to nie jest to drzewo? Z drugiej strony, jakie inne drzewo mogło mieć tak wielki pień? Po powrocie do domu poszperałem w internecie i znalazłem nekrolog:
http://gminaleszno.pl/aktualnosci/topola

Oto data śmierci staruszki: noc z 4 na 5 maja 2012 roku. Można przynajmniej na rocznicę jej śmierci zapalić znicze w miejscu, w którym rosła.

2012-04-29

Ogrodzenie, którego nie ma


Tematem dzisiejszego wpisu jest powyższe zdjęcie i przemyślenia na jego temat. Nie chodzi o to, co jest na tym zdjęciu, a o to, czego na nim nie ma, choć jeszcze niedawno było, czyli ogrodzenie.

Podwójne ogrodzenie z drutem kolczastym, oświetlone latarniami, z budkami strażniczymi dookoła. Kiedy po raz pierwszy zapuściłem się w te tereny, w północnej części Lasów Legionowskich, zaintrygowało mnie one. Teren sprawiał wrażenie bazy wojskowej, niestety nie udało mi się znaleźć żadnych bliższych informacji na ten temat. Po pewnym czasie zauważyłem wyrwy we fragmentach ogrodzenia, które stopniowo się powiększały. Wyglądało na to, że nikt o nie nie dba. Potem znikały coraz większe fragmenty, a obecnie śladu nie ma ani po nim ani po całych budkach strażniczych.

Zastanawiam się, co się z nim stało. Być może rozebrał je obecny właściciel. Po chwili jednak pojawiła się kolejna myśl. Być może przestało ono być przedmiotem czyjejkolwiek troski i zostało rozłożone w sposób naturalny. W jaki jednak sposób? Tu pojawia się stworzenie pełniące bardzo ważną rolę w miejskim ekosystemie, będące naturalnym czyścicielem, przy tym wbrew swej roli na ogół niedocenianym. Chodzi o żulka złomowniczka. Stworzenia te usuwają z ekosystemu człowieka wszelkie niepotrzebne mu resztki zbudowane z metali. Wszelkiego rodzaju rdzewiejące płoty, pokrywki, a nawet puszki po piwie zostają usunięte, dzięki czemu nie zaśmiecają więcej naszego krajobrazu.

Niestety, brak w ekosystemie stworzenia, które rozkładałoby folie, plastiki i inne tworzywa sztuczne. Skoro ewolucja go nie wytworzyła, to czemu by go samemu nie stworzyć? W moim umyśle powstała wizja ekobotów przemierzających lasy, pola i łąki i pracowicie zbierających wszystko, co jest zbudowane ze szkła i tworzyw sztucznych. Wszelkiego rodzaju butelki plastikowe, kartoniki po winie, potłuczone butelki po żubrówce zostałyby przez te stworki zebrane i zaniesione do zakładów utylizacji. Stworzenie takich stworków nie przerasta naszych technicznych możliwości. Mamy już zaawansowane algorytmy rozpoznawania obrazów, czujniki dotykowe i chemiczne, które pozwoliłyby tym stworkom odróżnić śmieci wytworzone przez człowieka od naturalnych elementów przyrody. Mamy też pieniądze. Przecież w ramach walki z globalnym ociepleniem wydajemy ogromne kwoty na opracowanie technologii wychwytywania CO2. Dofinansowujemy nawet prywatne fundusze inwestycyjne zmuszając ludzi do udzału w loterii zwanej OFE. Nawet drobna część tej kwoty wystarczyłaby na stworzenie takich urządzeń, a ich produkcja sfinansowałaby się sama. Przecież szkło czy plastik są surowcami wtórnymi, które można przerobić albo spalić w elektrociepłowni. Jest to lepszy sposób, niż denerwowanie się, że ludzie śmiecą w lasach. Co więcej, co ucieszy najbardziej fanatycznych obrońców praw człowieka, możnaby nawet zrezygnować ze wprowadzenia kary śmierci za wywożenie śmieci do lasów. Liczę więc, że mój pomysł doczeka się szybkiej realizacji.

2012-04-24

Młocińskie klimaty

Celem mojej wycieczki było rozruszanie kości po zimowym sezonie grypowym oraz wdrożenie się w nową rozrywkę o nazwie geocaching. Spacer zacząłem w Parku Młocińskim, gdzie do znalezienia miałem 5 skrzynek (4 tradycyjne i 1 wirtualna - wszystkie odnalezione pomyślnie!). Przy okazji podziwiałem budzącą się do życia wiosenną przyrodę.
Tu widzimy malownicze oczko wodne w centralnej części parku, w okolicy wału przeciwpowodziowego. Jak widać, w okolicy świetnie czują się bobry.
To samo oczko. W wodzie jak w lustrze odbijają się rosnące nad nim drzewa.
Błękitne wiosenne niebo. Drzewa jeszcze nie zdążyły pokryć się liśćmi.
Następnie przywiało mnie nad Wisłę na północ od Parku. W oddali widać Most Północny.
 A oto moje bezpośrednie okolice, widziane z odmiennej perspektywy. Zazwyczaj oglądam Wisłę z drugiej strony. Po otwarciu Mostu Północnego Młociny stały się tak bliskie, jak winika to z odległości mierzonej w linii prostej. Wcześniej wycieczka do nich wiązała się z długim objazdem.
Słup energetyczny niczym stalowa bestia wyciąga swoje kable niczym macki. Cokolwiek w nie wpadnie, czy to statek, czy to samolot albo zwierzę, zostanie wciągnięte do metalowej tarczy i pożarte.


Zatoczka rybacka. Samotne łodzie czekają niczym wierny pies porzucony na rondzie w centrum Krakowa na swojego właściciela.

Oczko wodne na terenie zalewowym, koło którego przebiega moja ścieżka.
"Pod twoją obronę uciekamy się, o wielki słupie energetyczny". Często ludzie budują swe siedliszcza w cieniu potężnych ramion słupów energetycznych, licząc na ich ochronę przed drapieżnikami, kataklizmami oraz innymi ludźmi.

 Biada nierozważnemu wędrowcowi, który nie dostrzegłby wyciągniętych niczym pokrzywione paluchy czarnoksiężnika gałęzi tego drzewa. Jesteśmy na powrót w Parku Młocińskim, w jego części północno-wschodniej, która ma wydmowy charakter.

Oto Potok Młociński, który płynie przez Las Młociński, do którego zawędrowałem w dalszym etapie swojej wędrówki. Lśniąca woda wydawać się może z oddali kryształowo czysta, ale zapaszek nie pozostawia wątpliwości, że picie jej nie jest najlepszym pomysłem.

Ten leśny dukt nosi nazwę Stary Tor. Nazwa ta nie jest przypadkowa. W Międzywojniu przebiegała tędy kolejka Warszawa Gdańska - Palmiry, o której więcej można przeczytać na stronie Bazy Kolejowej.

Starym torem docieram do Dąbrowy Leśnej, założonej w latach 20-tych XX wieku jako osiedle podmiejskie nawiązujące do idei miasta-ogrodu. Kolejka miała zapewnić łatwy dojazd do metropolii i zachęcić ludzi do osiedlania się. Teraz jesteśmy na zabytkowej Alei Lipowej, chronionej jako pomnik przyrody.

Kolejna pomnikowa aleja - Aleja Dębowa. Jak sama nazwa mówi, rosną wzdłuż niej wiekowe dęby. Nazwa administracyjna - ul. Partyzantów.

Opuszczona posesja na południowym skraju ul. Partyzantów. Potencjalne miejsce na skrytki. Prawdopodobnie także miejsce wieczornych schadzek ghuli.

Poskręcany poczwórny pień wierzby. Jesteśmy już w Kampinoskim Parku Narodowym. Pod sosną ukryta jest skrzynka ;)

A to jest Sosna Kandelabrowa, rosnąca w pobliżu skrzyżowania szlaku żółtego z niebieskim koło Łużowej Góry. Nie wiem, czemu zawdzięcza ona swoją oryginalną nazwę, ale drzewo jest bardzo charakterystyczne.

To jest już zupełnie zwyczajna sosna, jakich w Kampinoskim Parku Narodowym wiele. Jak widać, pogoda cały czas dopisuje.

A to jest Jeziorko Opaleń. Jest ono pochodzenia sztucznego (przed wojną znajdowała się tu bażantaria). W czasie suszy często wysycha, dlatego występują w nim rośniny i zwierzęta przystosowane do zmieniających się warunków.

Droga powrotna znów przez Las Młociński. Odłownia dzików w pobliżu Wóycickiego. Napis informuje, że służy ona wyłącznie do łapania dzików i ludzie nie powinni do niej wchodzić. W środku nie było żadnego człowieka, więc najwyraźniej ostrzeżenie poskutkowało.

A oto Lotnisko Bielańskie. Budowane jako lotnisko sportowe, nie ukończone przed II Wojną Światową. W czasie wojny wykorzystywane przez Luftwaffe.

Zespół przyrodniczo-krajobrazowy "Dęby Młocińskie", prawem chroniony. Wcześniej chroniony jako otulina Huty Warszawa (ciągle widać przerdzewiałe tablice. Przy drodze znajduje się tablica upamiętniająca partyzantów AK poległych w walce o Lotnisko Bielańskie.

2012-02-01

Wężykiem służewskim - czyli styczniowe OrtIno

W mroźny wieczór ostatniego dnia stycznia odbyła się impreza pod kodową nazwą OrtIno, czyli impreza na orientację wg. map fotograficznych miejscowości. Punkt startu mieścił się w parku Romana Kozłowskiego, u stóp kopy Cwila. Mróz był prawie 20-stopniowy, mimo to uczestnicy dopisali.

Wystartowałem parę minut przed wpół do siódmej. Mapa miała postać wycinków w postaci kółek poobracanych i poprzestawianych względem siebie. Bez problemu znalazłem punkt pierwszy położony koło mety, na jedynym nie obróconym i nie przestawionym kółeczku na mapy. Przeszedłem pod wiaduktem i zacząłem krążyć po zagajniku koło Potoku Służewskiego. Dopytałem się jednego z uczestników, czy dobrze zrozumiałem, że punkty są tylko pozamieniane w ramach kółek, ale sam zarys kółek oddaje obszar mapy na którym są punkty. Co prawda, o takie rzeczy trzeba się pytać przy starcie - ale wymaga to dokładnego przeczytania ze zrozumieniem instrukcji od razu a nie wyskoczenia jak z procy w teren.

Poszedłem w lewo i zacząłem krążyć po terenie. W oddali po drugiej stronie potoku wypatrzyłem lampion na drzewie. Doszedłem tam i zacząłem dopasowywać go do obszaru mapy. Nic mi tak jakoś szczególnie nie pasowało, ale punkt F jakoś pasował w miarę dobrze, więc go wybrałem, bez szczególnego przekonania. Poszedłem w drugą stronę, mając nadzieję, że wypatrzę jakiś lampion, bo w terenie mi zupełnie nic nie pasowało. Szedłem i szedłem, aż przeszedłem na drugą stronę KEN-u (cały czas wzdłuż potoku). Nadal żadnego punktu. Za wiaduktem był jakiś staw. Próbowałem go dopasować do któregoś z kółek - może to B alko K albo cokolwiek? Kilka razy go okrążyłem, aż zobaczyłem jakiegoś uczestnika koło drzewa kawałek na północ. Gdyby nie to, przeoczyłbym pewnie ten punkt. Nie pasował mi on prawdę mówiąc do niczego, ale usłyszałem jak ktoś mówił, że to G, bo tej drogi nie było, gdy Google robił zdjęcia satelitarne. Troszkę to jakoś dopasowałem i naniosłem na kartę. Potem wróciłem się do strumienia i poszedłem dalej na wschód.

Szedłem przez dłuższy czas i nie znalazłem żadnego punktu. - Super - pomyślałem sobie. - Mam trzy punkty - jeden oczywisty na dobry początek, drugi wypatrzony przypadkiem a trzeci wytropiony dzięki obserwowaniu innych uczestników a nie terenu. Nie ma to jak popisać się orientacją w terenie. Niemniej jednak kawałek dalej wypatrzyłem kolejne stawy. Nagle dopasowałem - punkt K. Chwilę dalej zauważyłem stawy po obu stronach drogi i nagle zaczęło mi się wszystko zgadzać. To musi być kółko z punktami C i D. Niemniej jednak, kiedy dopasowałem to kółko, stwierdziłem, że punkt który oznaczyłem jako K to tak naprawdę D. Spojrzałem uważniej na poprzedni staw i dopasowałem go do K. Znalazłem właściwy punkt, ponownie wpisałem poprzedni, tym razem jako D i zgarnąłem punkt C. Okazało się, że to on wskazywał azymut do X-a. Niestety, kilka minut drogi musiałem się cofnąć. Przez chwilę rozważałem zgarnięcie tego punktu w drodze powrotnej, ale stwierdziłem, że lepiej wszystko robić po kolei bo potem może być różnie. Poszedłem do azymut i znalazłem punkt, trochę dalej niż się spodziewałem. Wg. mapki powinna być tam jakaś chmurka z dodatkowym zadaniem, ale jej nie znalazłem. Potem okazało się, że trochę odchyliłem się z tym azymutem i zgarnąłem punkt stowarzyszony, bo właściwy był na wylocie kanału nad samym strumykiem.

Jednak szczęśliwy, że karta nie jest już tak pusta, wróciłem się i poszedłem dalej. Miałem nadzieję, że teraz zgarnę więcej. Został E - jednak przypuszczałem, że jest gdzieś koło KEN'u i odszukam go w drodze powrotnej, B, oraz J i H. Idąc dalej nic początkowo nie dopasowałem, ale po chwili zauważyłem duży staw - bardzo pasujący do B. Dalej był kolejny wiadukt, i na oko już trochę za trasą. Jednak poszedłem tam się rozejrzeć, na wszelki wypadek. Ciąg dalszy już do niczego nie pasował, więc spisałem B i wróciłem się. Obszedłem jeszcze dokładniej zagajniki po drugiej stronie strumienia - w nadziei że znajdę przeoczone punkty J i H. W dodatku z punktu J był kolejny punkt na azymut, więc brakowało mi czterech (i zadania z chmurką). W dodatku przypuszczałem, że F pewnie mam źle. więc wynik będzie naprawdę słabiutki. W zagajnikach nic nie znalazłem, więc troszkę zrezygnowany przeszedłem koło KEN na przeciwną stronę strumyka w nadziei znalezienia F. Nie znalazłem go tam, gdzie go początkowo szukałem - po wschodniej stronie. Jednak po zachodniej stronie zauważyłem, że ulica również robi zakręt, który pasuje do zdjęcia. Po chwili miałem już punkt - koło samego strumienia.

Pozostały jeszcze J i H oraz azymutowy. Jednocześnie rozpoczynał mi się miękki limit sþóźnień. Obleciałem dokładnie zagłębienie, które wcześniej ominąłem i znalazłem punkt. Zastanowiłem się dokładniej. Był kawałek od strumyka, więc dopasowałem H. Przeszedłem na drugą stronę, spodziewając się, że J będzie tym punktem, który wcześniej oznaczyłem jako F. Okazało się jednak, że był to inny - czyli jest szansa, że F mam dobrze! Teraz jeszcze azymut. Znowu mam przekroczyć strumyk - czyli lecieć do mostka. Jest trochę za szeroki, żeby ryzykować przeskoczenie go. Przy takich temperaturach woda w bucie to rzecz wyjątkowo nieprzyjemna. Namierzałem i namierzałem, i jedyne co znalazłem to punkt H. Trochę zrezygnowany, i w perspektywnie kończenia się miękkiego limitu spóźnień, zaznaczyłem go. A nóź widelec to ten sam punkt - przecież tak też może być! Oddałem kartę, oddałem książeczkę po autograf i zjadłem ciasto z herbatą (poczęstunek na bazie).

Nie spodziewałem się jakiegoś szczególnego wyniku, więc zdziwiłem się, gdy zobaczyłem protokół. Tylko 56 punktów karnych, z czego 15 za punkt stowarzyszony z X, 10 za zmianę opisu (punkt K), 10 za brak zadania (konsekwencja PS'a z X) oraz 21 za spóźnienie. No i 4-te miejsce w kategorii TZ. Wydaje mi się, że miałem tu trochę więcej szczęścia niż rozumu, niemniej jednak jestem z siebie zadowolony.

Klasycznie, mapka do wglądu: