2012-10-02

Gruzja 2012 - David Gareja

David Gareja to kompleks monastyrów położony w regionie Kachetii w południowo-wschodniej Gruzji, na granicy z Azerbejdżanem. W linii prostej jest to ok. 70km od Tbilisi, jednak dojechać tam nie jest łatwo. Dojechać tam można przez Sagarejo albo Rustavi. Dalej zaczynają się już lokalne drogi, będące w słabym stanie. Końcowy odcinek trasy to droga polna, kamienista, którą słabsze samochody mogą nie być w stanie przejechać. Nie jeżdżą tam marszrutki, więc aby tam dotrzeć, jesteśmy skazani na prywatne środki transportu. Można dojechać marszrutką do Rustavi i stamtąd wziąć taksówkę (opcja najtańsza), albo od razu wziąć taksówkę w Tbilisi (opcja droższa ale szybsza, cena zależy od naszych umiejętności negocjacyjnych, ale nie powinno wyjść drożej niż 120 lari). Należy od razu podczas negocjacji ustalić z kierowcą, ile czasu będzie na nas czekał, aby potem nie żądał dodatkowej opłaty. Jedzie się jakieś 2 godziny w jedną stronę, więc nie warto stamtąd odjeżdżać po 30 minutach! Należy sobie zarezerwować przynajmniej 2 godziny.

Dojeżdżamy do dolnego kompleksu monastyrów, otoczonego murem, częściowo murowanego, częściowo wykutego w skale. Można go pozwiedzać, ale kiedy tam byliśmy, trwały tam prace remontowe, więc mogliśmy się tylko przejść po fragmencie murów i zejść na dziedziniec. Sam kompleks nie jest zbyt rozległy, zdecydowanie mniejszy niż Vardzia i nie robiący takiego wrażenia. Trochę tak jakby parę skalnych jaskiń otoczyć małym zameczkiem. Jeśli chodzi o moją opinię, to nie warto robić takiej wyprawy, aby zobaczyć tylko tyle. Obowiązkowo trzeba się wybrać na górę, na zboczu której położony jest kompleks. Wyprawa w górę to ok. pół godziny - dochodzimy do małego murowanego kościółka, z okolic którego rozciąga się wspaniały widok na okoliczny krajobraz. Spoglądając stamtąd w stronę Azerbejdżanu nie miałem wątpliwości, że tam jest już Azja. Krajobraz suchy, wyżynny, poprzecinany suchymi kanionami. Widoczne tylko pojedyncze zasiedlone punkty. Z drugiej, gruzińskiej strony - łagodnie pofalowany górski krajobraz, również suchy, prawie niezamieszkany. Nic dziwnego, że właśnie to miejsce zostało wybrane przez szukających ucieczki od ludzi mnichów na monastyr.

U szczytu wzgórza, po azerskiej stronie, znajduje się monastyr wykuty w skale, przypominający ten w Vardzii, tylko dużo mniejszy. Skalne pomieszczenia są odsłonięte. W wielu z nich zachowały się pozostałości fresków. W jednym z pomieszczeń znajduje się nisza, do której wierni zanoszą listy z intencjami (przynajmniej tak przypuszczam, wszystko było napisane po gruzińsku).

Dolny kompleks David Gareja:





Jaskinie
Dziedziniec


Nagrobki na dziedzińcu
Widok z góry
Monastyr skalny na górze:
Na górze skalny kościólek, z prawej na zboczu widoczny
kompleks monastyru
Kapliczka, z tyłu kościółek skalny























Widok na pogranicze gruzińsko-azerskie:


Gruzja 2012 - Vardzia - skalne monastyry

Vardzia to monastyr wykuty w zboczu góry Erusheti, a jednocześnie nazwa małej, zorientowanej głównie na turystów osady. Vardzia znajduje się w głębokim kanionie rzeki Mtkvari (ros. Kura, tej samej, która przepływa przez Tbilisi). Większość prac konstrukcyjnych monastyru miała miejsce w złotym wieku historii Gruzji. Został ukończony w czasach królowej Tamary i poety Shota Rustavelego. Wstęp na teren skalnego monastyru jest płatny, kosztuje 3 lari. Zwiedzać można wykute w skale komnaty, Kościół Zaśnięcia Bogurodzicy oraz skalny tunel prowadzący do podziemnej kaplicy. Niedostępna jest jedynie mała część kompleksu, która nadal służy za monastyr i jest zamieszkiwana przez mnichów.

Kilka kilometrów dalej przy drodze na Akhaltsikhe znajduje się kolejny skalny monastyr,  Vanis Kvabebi, z 8-go wieku n.e. Jest to teren klasztorny, w którym żyją i pracują mnisi. Gdy tam byliśmy, było ich czterech, ale trwają prace nad adaptacją do celów mieszkalnych dalszych części kompleksu i osadzenia tam kolejnych mnichów. Na teren można wejść furtką, która jest otwarta. Jednak tunel skalny prowadzący do małego kościółka na samym szczycie kompleksu jest zamknięty bramą. Klucze do niej, wg. jednego z braci, ma osoba z zewnątrz, której właśnie nie było. Z krótkiej rozmowy wywnioskowaliśmy jednak, że turyści nie są przez nich zbyt mile widziani, ponieważ nie zachowują powagi i ciszy stosownej do świętego miejsca, a przecież ten teren w całości jest czynnym monastyrem, zaś do celów turystycznych powinien służyć kompleks Vardzia. Poinformował on nas też, że w przeszłości ten monastyr był miejscem o szczególnie surowej regule. Mnisi mieszkali w osobnych kamiennych celach, a widzieli się tylko w czasie jednego wspólnego posiłku w sobotę i Służby Bożej w niedzielę.

Idąc trochę dalej drogą, po lewej stronie rzeki na wysokiej skale widać ruiny twierdzy. Nie mam pewności, ale prawdopodobnie jest to forteca Khertvisi, jedna z najstarszych fortec na terenie Gruzji.

W Vardzii można przenocować w hotelu Taoskari (30 lari/os) znajdującym się przy moście na Mtkvari, przy samym skalnym monastyrze, oraz u gospodarza Tamazy, który mieszka na drugim końcu osady (ceny nie znam). W obu miejscach można zamówić wyżywienie. W Taoskari śniadanie kosztuje 7 lari, na obiad zamawia się pozycje z menu, ale trzeba się liczyć z wydatkiem rzędu 15 lari. Podobne są ceny w barze znajdującym się koło rzeki. Jeśli ktoś ma namiot, koło baru można go rozbić - w czasie naszego pobytu biwakowali tam Czesi. Nie ma żadnego sklepu, tak więc jesteśmy skazani na w.w. menu albo powinniśmy zabrać zapasy ze sobą. Koło rzeki jest źródełko, napisy tylko po gruzińsku, ale jest to woda raczej źródlana. Jednak to inny klimat i inna flora bakteryjna, więc jeśli ktoś ma wrażliwy żołądek, powinien się ograniczyć do wody butelkowej.

W czasie pobytu w Taoskari mieliśmy okazję wziąć udział w prawdziwej gruzińskiej biesiadzie, odbył się tu bowiem regionalny zjazd przedwyborczy partii Saakaszwilego. Mając na uwadze naszych polityków spodziewałem się rabanu do białego świtu, i problemem ze zjedzeniem posiłku, ale byłem naprawdę mile zaskoczony. To była prawdziwa biesiada, z tamadą wygłaszającym długie toasty. Zostaliśmy zaprowadzeni przez właścicielkę na obiad, gdzie po uzgodnieniu z 'gospodarczym' imprezy mogliśmy za 5 lari zjeść coś z menu. Jednak gdy Gruzini się dowiedzieli, że na balkonie są Polacy, szybko zaczęli nam znosić masę smakołyków ze stołu, a potem przynieśli kieliszki i wino i zaczęli wygłaszać toasty. Na naszą cześć został też wygłoszony toast w sali przez tamadę, a orkiestra zagrała jeden utwór specjalnie dla nas! A to głównie dzięki temu, że jesteśmy Polakami i pchamy się tam, gdzie większość ludzi by w życiu nie weszła. I tak też zrobił jeden z naszych rodaków, jadąc na sam front w czasie wojny rosyjsko-gruzińskiej w 2008 roku, za co stał się bohaterem narodowym w Gruzji. Tak, był też toast za Lecha Kaczyńskiego i za innych, którzy już nie żyją, a miało to miejsce już pod koniec biesiady, bo zgodnie z gruzińską tradycją toast za zmarłych wznoszony jest jako przedostatni.
Droga do Vardzii
Skalny monastyr

Mocno osmolona komnata - skutek palenia ognia (świece)
Drabinki, barierki i dzwonnica
Tu nie wolno turystom wchodzić - kwatery mnichów
Tunel w skale
 
Malownicze okolice Vardzii
Skręt na Vanis Kvabebi
Droga polna prowadząca do monastyru Vanis Kvabebi
Vanis Kvabebi - widok sprzed furtki


Vanis Kvabebi - wnętrze
Vanis Kvabebi - tak daleko, jak dało się dojść

Gruzja 2012 - wstęp

Pomysł wyjazdu do Gruzji w gronie kilku znajomych zrodził się, kiedy na spotkaniu klasowym dowiedzieliśmy się, że nasza koleżanka w poprzednim roku tam była i bardzo zachwalała ten kraj. Postanowiliśmy spróbować sami. Na początek trzeba było uzgodnić termin, a ponieważ nikt z nas nie jest wielkim miłośnikiem upałów, wybraliśmy drugą połowę września. Okazało się, że był to bardzo dobry wybór, bo udało nam się naprawdę sporo zobaczyć i przeżyć.

Pomijając 2 dni w górskiej Mestii, pogoda jak na polskie warunki była gorąca i słoneczna. Wrzesień i początek października, kiedy w Polsce robi się już zimno, to świetny okres na to, aby się wybrać do Gruzji. Jeśli zaś chodzi o wydarzenia, to zupełnie nieplanowanie również trafiliśmy na gorący okres, bo wyjechaliśmy na zaledwie 2 dni przed wyborami. Kraj żył rywalizacją 2-ch głównych pretendentów do władzy: Zjednoczonego Ruchu Narodowego prezydenta Saakaszwilego (nr 5) i koalicji Gruziński Sen milionera Bidzini Iwaniszwilego (nr 41). Załapaliśmy się nawet na biesiadę przedwyborczą zwolenników Saakaszwilego, na której wzniesiono toast na naszą cześć! Logo ZNR widniało w niemal wszystkich marszrutkach, podczas gdy wszyscy spotkani przez nas niezrzeszeni taksówkarze byli gorącymi zwolennikami Iwaniszwilego. Przedstawiany przez tych ostatnich obraz kraju był bardzo niewesoły. Spotkaliśmy taksówkarzy z wykształceniem wyższym technicznym (!) - w Europie, cierpiącej na brak inżynierów, sytuacja niewyobrażalna. Poziom bezrobocia każdy rozmówca przedstawia inaczej, ale widać, że sytuacja wygląda niewesoło po tym, jak puste jest Tbilisi o świcie, kiedy u nas są godziny szczytu i tłumy ludzi podążają do pracy. Większość towarów na półkach pochodzi z zagranicy - głównie Rosji, Ukrainy i Turcji.

Miłym akcentem na lotnisku było obdarowanie nas, oprócz pieczątką w paszporcie, buteleczką gruzińskiego wina. Kolejnym miłym zaskoczeniem była możliwość porozumienia się z obsługą lotniska po angielsku. Potem już znaleźliśmy się w świecie gruzińskiego alfabetu - nazywanego przez nas wstążeczkami - któremu jedynie w nielicznych miejscach towarzyszy alfabet łaciński lub cyrylica. Wstyd się przyznać, ale to pierwszy kraj, będąć w którym nie byłem w stanie porozumieć się w jego języku choćby w minimalnym stopniu, a nawet przeczytać napisów na tablicach. Rozleniwił fakt, że w Gruzji, jako kraju byłego Związku Radzieckiego, można bez problemu się dogadać w języku rosyjskim, o ile się go tylko zna w stopniu przynajmniej podstawowym. Angielskim można się dogadać głównie w miejscach, w których bywa dużo turystów z Izraela oraz w pewnym stopniu z młodymi ludźmi.

Gruzja jest krajem kontrastów, obok starych zrujnowanych budynków pojawiają się nowoczesne konstrukcje uderzające śmiałością i awangardowością architektury. Są to głównie gmachy rządowe. Nowoczesne są też budynki policji, które są nową wizytówką krajów, który pod rządami Saakaszwilego potraktował bezpieczeństwo obywateli i turystów priorytetowo. W dużych miastach policjantów można spotkać niemal na każdym rogu i dzięki temu można czuć się bezpiecznie nawet w nocy.

Vardzia - skalne monastyry
David Gareja

2012-09-13

Park Zdrojowy w Busku-Zdroju - galeria zdjęć

Galeria zdjęć zrobionych podczas spaceru w parku zdrojowym w Busku-Zdroju w słoneczny letni dzień. Stary i nowy park zdrojowy.
Centralna aleja parku zdrojowego - kontynuacja al. Mickiewicza

Marconi

Stary Park Zdrojowy, alejka boczna

Stary Park, Aleja Kasztanowa

Nowy park, w tle kościół parafii św. Brata Alberta

Nowy park zdrojowy, alejka

Widok z Nowego Parku na Małpi Gaj

Oczko wodne

Mostek nad oczkiem wodnym

Widok na oczko wodne z tego mostku

Aleja Topolowa. Topól już niestety nie ma.

W tle Marconi

W tle Marconi - skrzydło wschodnie

Rotunda